1% podatku

Nie wiesz co zrobić z 1% podatku, nie wiesz komu przekazać ? Moja propozycja:

Pomoc dla Bartka

Logowanie

Witamy na stronie Clubu AA

IV Rajd Szlakiem Umocnień Wału Pomorskiego
Relacja Leona

Minął kolejny rok. I jak co roku zebrała się grupa, by spotkać się, razem spędzić trochę czasu, pochodzić, pobawić się. Tym razem wybraliśmy trasę III, pieszą, trzydniową. Na miejsce startu zostało wyznaczone Tuczno. Planowana trasa, w pierwszy dzień, miała prowadzić z Tuczna przez Strzaliny, Zdbowo, Mączno, Rutwicę, Marcinkowice na stanicę ZHP w Próchnówku.

Do Tuczna jechaliśmy wynajętym samochodem marki "Żuk", czy coś podobnego. Gość po drodze do Tuczna miał zabrać koleżankę Jolę, ale coś mu się pokręciło i pojechał w innym kierunku. Jolę oczywiście zabraliśmy, ale ile krążyliśmy tą bryką. I do tego gość chciał nas "wykartkować" tą nadwyżką kilometrów.

Na miejscu komenda rajdu przywitała nas z otwartymi ramionami. Grzecznie zameldowaliśmy się na starcie i poszliśmy na piwko - taka tradycja. Po kilku godzinnym wypoczynku - przecież mieliśmy ciężką drogę do Tuczna - ruszyliśmy do Strzelin z "odkrywcą skarbów", samochodem . Po dotarciu na miejsce niektórzy z nas mogli własnoręcznie szukać skarbów. Ktoś nawet znalazł na głębokości 30 cm kapsel od "napoju" dla dorosłych.

Poszliśmy dalej, do Strzelin, do sklepu. Tam postanowiliśmy coś zjeść na ciepło ( jakaś puszka grzana na kuchence) i zwilżyć usta złocistym płynem. Jakież jednak było zdziwienie, kiedy dostaliśmy zamrożony napój bogów. Rozumiem, że może być zimne, ale że aż tak ??? Drugim nieszczęściem były podarte spodenki Wafla. Rozdarcie na co najmniej 15 cm. A przecież nie mamy nic do szycia. Olśniło mnie - "zszyjemy" spodenki taśmą, która normalnie służy do naprawy węży. Udało się. Spodenki "działają". Rozmrażanie piwa i cerowanie spodenek Wafla zajęło nam tyle czasu, że postanowiliśmy zmodyfikować plan dzienny, dopaść jakiś środek lokomocji, by dotrzeć choć na skraj lasu. I udało się. Miły pan, rozwożący inny napój, zabrał nas do następnej wioski. Tam chwila przerwy, ponieważ samochód musiał jechać w inne miejsce, a tam było nam nie po drodze. Poczym wrócił i zawiózł nas Mączna. Tu nasze drogi się rozeszły tzn. naszej grupy i miłego kierowcy. Dalej już z buta na stanicę. Początkowo idziemy razem, jednak po pewnym czasie grupa się rozciągnęła. Marcin i Rawicholem zostali gdzieś z tyłu, by ich nie zostawić lazłem z Fiolką wolniej. Jednak po pewnym czasie okazało się, że tych przed i za nami nie widać. Zostawiamy znaki na drodze by ostatnia grupa w odpowiednim momencie skręciła do lasu - nie zauważyli i zostali zgarnięci z Marcinkowic. Natomiast Fiolka i ja przedzieraliśmy się przez las i stada komarów. W lesie już robiło się ciemno. Próbowaliśmy zorientować się jak daleko jesteśmy z tyłu - bez skutku - telefony milczą, nikt nie odbiera. W końcu jakaś przejezdna droga. Na rozstaju dróg zauważyliśmy kolorową parasolkę, wskazującą końcem na drogę. Sądząc, że jest to znak, udaliśmy się we wskazanym kierunku. Idąc wskazaną drogą natknęliśmy się na zielonego dużego Fiata. Samochód wydał się mi znajomy. Kolejny telefon na wszystkie znane komórki - jako jedyna zgłosiła się Aśka. Powiedziała, że już są na miejscu, i pływają w jeziorze. Trochę się wkurzyłem, że oni już a my jeszcze w polu. W lesie już zapanowały ciemności. Fiolka chyba też miała dość. Zażartowałem, że w razie co, to kuchenkę mam, woda też jest - nie zginiemy. Jeszcze jeden telefon i znów trafiło na Aśkę. Powiedziała, że reszta poszła wyciągać auto Nietoperza. Już było jasne, ten duży Fiat był Nietoperza. Ponieważ położenie zielonego samochodu było nam znane, wróciliśmy i to był koniec naszej wędrówki. Do stanicy dojechaliśmy samochodem. Później się okazało, iż byliśmy jakieś 200 m od stanicy. Wieczorem gorąca herbata. Pobyt na stanicy "uprzyjemniali" nam chłopcy z pobliskiej wioski. O mało co nie doszłoby do jakiejś awantury. Jednak udało się powstrzymać emocje. Chłopcy wrócili do domu jak się okazało, że policja jedzie na stanicę. Pograliśmy całkiem dobrze.

Rano obudziło mnie słoneczko, rozgrzewające namiot. Po godzinie było nie do wytrzymania. Wieczór dał się we znaki. Jakieś śniadanie i w drogę. Celem tego dnia była szkoła w Wałczu. Wyszliśmy chyba w południe, gdy dochodziliśmy do Próchnowa sklepowa już zamykała sklep. Rzutem na taśmę udało nam się skorzystać z jego dobroci. Choć okazało się, że wszystkie napoje zostały wkupione. Po zjedzeniu lodów, udaliśmy się drogą asfaltową w kierunku Piecnika. Dalej drogą przez las a następnie polną do Drzewoszewa. Chciało się zaśpiewać "Słońce stało w zenicie, bił południowy żar, a w gardle kurz". Upał dawał się we znaki, do tego jeszcze spacerówki przestały działać jak należy. Czułem na podeszwie stopy ogromy pęcherz. W końcu doszliśmy. Jest sklep jest świeży, zimny, złocisty napój. Pierwszym kufelkiem, chyba wszyscy, gasimy pragnienie. Jest tak dobrze, że nie chce nam się ruszać dalej. Sprawdzam stopę - fatalnie. Apteczka, mała operacja - jakoś będzie. Kilka osób się kąpie, a ja znajduję sobie jakieś miejsce w cieniu. Po pewnym czasie - przecież nikt tego nie liczy -ruszamy dalej. Idziemy jednak do Jabłonkowa. Uszkodzona noga nie pozwala dobrze iść. W Jabłonkowie dowiadujemy się, że Jola już po nas jedzie i mamy się nie ruszać z miejsca. W duchu cieszę się, bo nie będę męczył stopy. Wieczorem kolejne dziwne ognisko. Tym razem wirtualne. Stos ogniskowy został ustawiony na chodniku boiska, ale nie wolno było go podpalić... Jeszcze było ciche śpiewy w szkole. Rano nie można było pospać. Pakowanie, zwijanie materacy. Cóż to była z wyprowadzka z drugiego piętra :) Wszyscy poszli na spacer. A my udaliśmy się do ...

Zakończenie rajdu odbyło się na placu koło WOK. Przywitanie gości, konkurs piosenki, rozdanie nagród. Zdobyliśmy I miejsce i puchar za piosenkę rajdową. Dostaliśmy też jakieś punkty za sposób cerowania spodenek Wafla - oddaliśmy je drużynie z Wierzchowa. Okazało się, iż w tym rajdzie brało udział ok. 800 uczestników. Jeszcze tylko piwko i do domu. Do domu dojechałem dzięki uprzejmości Mutanta.

Zobacz mapkę