1% podatku

Nie wiesz co zrobić z 1% podatku, nie wiesz komu przekazać ? Moja propozycja:

Pomoc dla Bartka

Logowanie

Witamy na stronie Clubu AA

III Rajd Szlakiem Umocnień Wału Pomorskiego
Relacja Leona

Trudno sobie po latach przypomnieć jak rozpoczęła się moja przygoda na rajdowych ścieżkach Wału Pomorskiego. Nawet nie pamiętam, co stało się, że dałem się namówić na wspólne wędrowanie. Przypuszczam, iż powód był jeden, no może dwa. Ten pierwszy - lubię wędrówkę, przyrodę, lubię ogniska oraz wspólne śpiewanie, (ale czy potrafię?). A ten drugi, to chęć sprawdzenia się, złamanie pewnych barier fizycznych, choć to pewnie teraz nie jest ważne.

Dla mnie rajd zaczął się w czwartek - trzeba było się spakować, umówić na wyjazd do Wierzchowa. Start rajdu... Jak zwykle nie wiadomo jak dojechać? Decyzja: jedziemy samochodami na miejsce, żegnamy kierowców i dalej już jak przystało na nogach. W piątek rano, jakieś śniadanko, pakowanie się do samochodu no i upragniony wyjazd. Do Wierzchowa dojechaliśmy z Waflem bez większych problemów. Jesteśmy pierwsi. Na miejsce spotkania wybraliśmy sklep spożywczy - mieli dobre, chłodne piwo! Choć nie było zbyt gorąco - pić się chciało. Powoli dociera reszta grupy. Koniu, Irek, Gruba, Rawichol - jeśli kogoś pominąłem, to przepraszam (czas robi swoje). Wysyłamy delegację by nas "wystartowała". Jeszcze chwila przy sklepie i ruszamy w drogę. Musimy dojść do Piecnika. Założenie - pochodzić, pośpiewać... Idziemy więc... Do Nowych Lasek jest prosto (złapaliśmy podwózkę), następnie las - jakieś wzgórze. Omijamy je inną drogą - Irek ma niezłą mapę - zyskujemy trochę czasu, dalej kierujemy się już mapą Irka. Dochodzimy do miejscowości Toporzyk. Chwila na odpoczynek, jakąś kanapkę i coś do picia. Tu spotykamy Holendra. Witamy go tradycyjnie - chlebem i "wodą". Po chwili rozmowy okazało się, że facet sobie kupił tu chatę. Daję słowo rudera - przynajmniej z zewnątrz. Sporo czasu uciekło a do Piecnika zostało już kilka kilometrów. Z Toporzyka wychodzimy ścieżką, która według autochtonów ma nas doprowadzić do celu. Zrobiło się cieplej. Znów wchodzimy do lasu i idziemy może ze dwa kilometry. Wychodząc z lasu dostrzegłem jakieś zabudowania. Czy to już koniec? Z każdym kilometrem plecak coraz bardziej ciężki. Nie, to jakaś mała fabryka. Dochodzimy do utwardzonej drogi. Może jeszcze kilometr, dwa. W końcu tabliczka z nazwą miejscowości. Doszliśmy. Jeszcze tylko znaleźć sklep. Kupić "coś" do picia... Tu odpoczywamy jakiś czas. Nocleg mamy zapewniony. Nawet mamy dla grupy osobną salę - pełen luksus. Trzeba tylko sobie miejsce do spania zrobić. Wieczorem przyjechał Mutant i Marcin. Korzystając z pojazdu Mutanta zwozimy drewno na ognisko.... Wieczorem ognisko pod hasłem "Poznajmy się" czyli zapoznanie grup rajdowych. Pieczenie kiełbasy, wspólne śpiewanie od później nocy ( już bez młodzieży).

Ranek obudził nas dość wcześnie - spaliśmy obok pomieszczenia kuchennego. Ok. czwartej-piątej nad ranem, gościnni mieszkańcy Piecnika zaczęli robić herbatę dla całej trasy. Teoretycznie nam to nie przeszkadzało. Budziliśmy się wolno, opornie. Nocne siedzenie przy ognisku dawało się we znaki. Poranny hałas garów i ból głowy (zapewne od braku odpowiedniej ilości snu). W tak zwanym międzyczasie, pomagamy komendzie trasy zapakować materace na Tarpana. Dziś czeka nas spacer do Mirosławca. Ruszamy na trasę i... Dochodzimy do sklepu. Tu ruszyła kuchenka gazowa - trzeba wypić herbatę i coś zjeść. Po godzinie może dwóch w końcu ruszamy się. Wychodzimy z Piecnika i idziemy w kierunku drogi krajowej nr 10. Następnie polna drogą do miejscowości Hanki. Robimy postój przy sklepie. Dalej idziemy już po asfalcie do samego Mirosławca. Ten odcinek nie należał do przyjemności. Nogi odmawiały posłuszeństwa. Myślałem kiedy pozbędę się plecaka, kiedy będzie można zdjąć buty, wykąpać się... Postanowiłem zebrać resztki energii, przyspieszyć, by szybciej dotrzeć do noclegu. Udało się, jestem na miejscu. Następne dwie noce spędzimy w Domu Kultury. Miejsce do spania - szatnia. Chyba dobre, nie będziemy przeszkadzać młodszym (oni śpią w sali widowiskowej). Odpoczywamy chwilę i idziemy na ognisko. Tym razem poza miastem. Po drodze zatrzymujemy się w sklepie. Musimy się "nastroić" i zabrać coś do picia do ogniska. (Jak się śpiewa w gardle zasycha). W końcu jest - czerwona straż pożarna - tym razem by coś podpalić, no może nie coś. Strażacy podpalili ognisko i pilnowaliby nie zgasło. A my.... Zdążyliśmy może jeden kawałek zaśpiewać. Zerwał się taki wiatr, że wszyscy uczestnicy uciekli na nocleg. To ognisko zostało ochrzczone jako "najkrótsze ognisko świata". Wieczór spędziliśmy śpiewając na korytarzu domu kultury. Wieczorem jeszcze obchodziliśmy urodziny Irka (które, nie pamiętam). Ale jak zwykle było miło.

Kolejny dzień. Zakończenie rajdu niedaleko, na jakimś ośrodku w Mirosławcu. Posprzątaliśmy po sobie, wynieśliśmy materace. Rano okazało się, że mamy reprezentować trasę 5 w konkursie piosenki rajdowej. Bierzemy więc gitary i idziemy na zakończenie. Powoli zbierają się trasy, grupy rajdowe. Jakieś tradycyjne przywitanie gości, organizatorów i komendę rajdu. Ostatnie szczegóły przed konkursem, strojenie gitar i makijaż.... Wchodzimy na scenę. Dziwne uczucie - śpiewać do mikrofonów, do publiczności. Jest lekka trema. Ale nic to, przecież na nie jednym ognisku śpiewamy. I zaśpiewaliśmy... Jak się okazało - tu kompletne zaskoczenie - zdobyliśmy I miejsce i pierwszy puchar. Koniec rajdu, wracamy po plecaki, jeszcze na schodach pijemy soczek z pucharu. Podjechał autobus, który dowiezie nas do Wałcza. Dalej mamy przyjazne linie PKS. Już Piła. A co będzie za rok? Zobaczymy.